VIRTUAL LIFE

czyli

„…jakby to było gdyby się nie wydarzyło

co by się zmieniło

co by się skończyło

 

Część I

Śmiech, wskazówka licznika wciąż idzie w górę… czerwony sweter, niebieski samochód. Czerwony samochód. Trzask. Ciemno. Płacz. Ciemno. Rozpacz. Ciemno. Żal. Ciemno. Ciemno. Ciemno …  Rzeczywiście ciemno. „O matko!”. Usiadł. Rozejrzał się. Tak, to tylko sen. Nic nie warty koszmar. W pokoju było dziwnie duszno, więc podniósł się z łóżka i otworzył drzwi wychodzące na taras. Świeże nocne powietrze orzeźwiło go. „Co miał znaczyć ten sen? Chyba Wojtek nie szalał znów za kierownicą …” Podszedł do barierki i spojrzał w dół. Jakaś roześmiana para wracała właśnie z miasta. Nie ważne, że była 4 nad ranem. Kot przebiegający po trawniku, zostawił malutkie ślady na śniegu. Wszędzie wdzierające się zimno zaczęło mu przeszkadzać. Wrócił do mieszkania i zamknął drzwi za sobą. „Niebieski samochód, czerwony sweter…Nie ! „ Już wiedział, co mu się przyśniło. „ Nie ja mam inny sweter, na pewno nie był taki sam…nie”. Wyszedł z sypialni i zbiegł po schodach. Na kanapie leżał sweter. Taki sam. Tak samo czerwony. „Nie to na pewno nie to, nie ja …” 

 

Część II

Położył się z powrotem do łóżka, ale jak na złość sen nie chciał przyjść. Przewracał się z jednego boku na drugi, ale to też nie pomogło.

Za oknem gwizdał wiatr – tańczył z płatkami śniegu najpierw spokojnego walca, by za chwilę wpaść w rytmy gorącej samby. W tych szalonych układach tanecznych świeże płatki osuwały się na ziemię. Tak układały się do wiecznego snu. Bo już nigdy więcej nie wpadną w ten szaleńczy rytm. Nie wpadną w rytm spokojnego walca. Nie oderwą się od ziemi. Nie zatańczą. Przy cieplejszych promieniach słońca roztopią się i już ich nie będzie. Może kiedyś. Może w następnym wcieleniu …

            Zadźwięczał budzik. Nawet nie zorientował się, że zasnął. Silnym uderzeniem wyłączył zegarek, po czym przetarł zaspane oczy. Usiadł na łóżku i skierował wzrok na okno. Jak na koniec stycznia słońce świeciło całkiem ładnie - żadnej pluchy i przygnębienia. Włączył radio: „O 7.05 zbierz się i pędź…” – zaśpiewał razem z młodą gwiazdą. Podniósł się i ściągnął piżamę. W samej bieliźnie powędrował do łazienki.

Jak na 7.15 rano wyglądał całkiem porządku. Miał ciemne, prawie czarne i mocno potargane włosy. Świetnie akompaniowały się z najzwyklejszym uśmiechem i ogólnie dobrze zbudowanym ciałem. Bielizna w białym kolorze bardzo podkreślała opaloną skórę. Wziął szybki prysznic i owinięty ręcznikiem pobiegł do kuchni by włączyć ekspres do kawy. Bez porannego prysznica i mocnej czarnej kawy nie mógł się obudzić. Podszedł do wiszącego koło lodówki kalendarza i wyrwał z niego jedną kartkę. „Drodzy słuchacze, za oknem mamy szalejącą piękną panią zimę, na termometrach -2 stopnie, dziś jest 24 stycznia „anno domini” 2003 – imieniny Juliusza, Magdaleny, Izoldy i Ludosława” – powiedział do wyimaginowanego mikrofonu w dłoni. Uśmiechnął się do swojego obicia w szybie. Pomiędzy wąskimi wargami ukazał się rząd równych białych zębów. Jeszcze mokre włosy ciągle były potargane. Wglądał teraz jak chłopiec, który coś przeskrobał i próbuje się „wykupić” uśmiechem. Bo w głębi duszy nadal taki był. „

 

 

 

 

 

autor: pineskowa.dama@wp.pl

 

Strona główna
Ciekawostki
Biografia
Zdjęcia
Piosenki
Imprezy
Virtual Life
Sławni o Waldku
Adam i Ewa
Pamiętniki
Inne
Linki
O autorze
Forum
Wiersze
Księga gości